Nasza strona internetowa wykorzystuje cookies (pol.: ciasteczka)

Aby dowiedzieć się więcej kliknij link. Możesz je zawsze wyłączyć w ustawieniach swojej przeglądarki.


Więcej informacji o ciasteczkach.

Akceptuje używanie ciasteczek.
Nawigacja
Reklama
shoutbox
anime24
radio

Ankieta
Jak oceniasz nowy ENDING?

6
6
17% [16 głosów]

5
5
17% [16 głosów]

4
4
26% [24 głosy]

3
3
15% [14 głosy]

2
2
4% [4 głosy]

1
1
8% [7 głosów]

Nie mam zdania
Nie mam zdania
13% [12 głosy]

Ogółem głosów: 93
Musisz zalogować się, aby móc zagłosować.
Rozpoczęto: 06/07/2014

Archiwum ankiet
Aktualnie online
Fanfic
Ostatnie zaklęcie
Levy McGarden stanęła na środku zagraconego magazynu opierając ręce na biodrach. Oparty o ścianę przy drzwiach Gajeel ukrył uśmiech. Drobna sylwetka dziewczyny wydawała się jeszcze drobniejsza w pobliżu ogromnych skrzyń.
- Jesteś pewien, że to tutaj?
rozejrzała się dookoła jeszcze raz, tak dla pewności, ale nie zauważała niczego, co można by było nazwać "niskim posągiem trzymającym dłoń w nieprzyzwoitym geście".
- Tak, pachnie tu tym gościem - Gajeel zmrużył oczy i teatralnym gestem powąchał chustkę, reakcją było jedynie rozbawione prychnięcie.
Z całą pewnością byli we właściwym miejscu, właśnie tu w tym magazynie trop się urywał.
Od kilku godzin przetrząsali skrzynie i opukiwali ściany w poszukiwaniu skradzionej rzeźby. Komu zależało na takim paskudztwie? Uśmiechnął się pod nosem przypominając sobie minę Levy gdy dowiedziała się co mają odzyskać. Metrowej wielkości gnom w jednej dłoni trzymał kufel piwa, drugą kierował ku patrzącemu bezsprzecznie szukając zaczepki. Artysta miał poczucie humoru, albo tworzył pod wpływem owego eliksiru kreatywności który tak dumnie dzierżył krasnal.
- Przypomnij mi, dlaczego tutaj jesteśmy? - Zrezygnowana dziewczyna podciągnęła się i usiadła na jednej ze skrzyń. Była zmęczona i zrezygnowana, zaledwie przedwczoraj skończyła misję razem z resztą Shadow Gear podczas której dostali niezłe baty. Mimo pomocy Wendy dalej poruszyła się nieco sztywno.
- Bo w nagrodę dostaniesz jakiś super cenny wolumin - Gajeel potarł dłonią kark, nie tak to sobie wyobrażał. - Spróbuj jeszcze raz z tymi runami.
Levy westchnęła i wyciągnęła z kieszeni świetlne pióro. Przez dłuższą chwilę kreśliła w powietrzu symbole, które rozbłysły czerwonym światłem i rozbiegły się po magazynie.
- Mówiłam, nic z tego.
Przypadkiem spojrzała w kąt gdzie przy jednej z niesamowicie ciężkich skrzyń znaleźli pudło żelaznych gwoździ. Gajeel od razu skorzystał z okazji by coś przekąsić, nawet jej zaproponował kilka głośno chwaląc ich wysoką jakość i dobroczynne działanie. Teraz też coś chrupał, chyba śrubokręt. Ale to nie żelazo zwróciło jej uwagę tylko przyklejona do ściany i błyszcząca słabo runa. Podeszła bliżej, chwyciła symbol i podrzuciła go. Znowu przykleił się w tym samym miejscu, częściowo przenikając przez ścianę.
- Chyba coś mam - zawołała opukując ścianę.
Nagle jej dłoń zagłębiła się w czymś przypominającym galaretkę. Szybko zabrała rękę, a w to miejsce zaledwie sekundę później łapę wpakował Gajeel. Pociągnął za coś i w ścianie pojawił się otwór. Niziutka dziewczyna nie miała problemów z przejściem, ale dosyć postawny Gajeel musiał się schylić mocno schylić.
Hala była dużo mniejsza, ale również dosyć spora i jeszcze bardziej zagracona niż poprzednia. Dziewczyna znów nakreśliła kilka symboli, a czerwone runy pomknęły zgodnie w kierunku końca pomieszczenia.
Raźno ruszyła w tamtym kierunku gdy coś gwizdnęło koło jej twarzy i wbiło się w ścianę odłamując solidny kawałek tynku. Nie zdążyła mrugnąć, a już stał przed nią Gajeel.
- Schowaj się gdzieś. Szybko. - Syknął, a Levy bez słowa zanurkowała za jedną ze skrzyń. Kątem oka dostrzegła ruch i jedynie refleks uratował ją przed oberwaniem zaklęciem w tył głowy. Zabolało lewe ramię, a chwilę później straciła w nim czucie.
- Za tobą! - Krzyknęła widząc jak napastnik przemieszcza się uznając ją za wyeliminowaną.
Gajeel zachichotał złośliwie odbierając cios wojowniczki która zaszarżowała na niego. Kobieta nie wypadła z rytmu, mimo że jej miecz pękł. Szybko podmieniła go na potężny topór i ponownie zaatakowała.
Gajeel stał w miejscu. Usłyszał ostrzeżenie Levy, ale potrzebował jeszcze sekundy. Jego ciało gwałtownie pokryło się metalowymi łuskami od których odbiło się z brzdękiem kilka pocisków. Wojowniczka nie przerwała ataku, zamachnęła się toporem jednak w jej oczach rozbłysło zdumienie. Topór również odbił się od żelaznej zbroi. Kobieta nie czekała i kopnęła go w twarz. Zdezorientowany zrobił krok do tyłu, a napastniczka wykorzystała zyskany w ten sposób czas na kolejne użycie swojej magii. Tym razem zbroja i włócznia błyszczały od wyładowań elektrycznych. Kolejne strzały zabębniły w łuski. Koniec tego dobrego. Wziął głęboki oddech i skorzystał z ulubionej techniki Natsu.
- Ryk żelaznego smoka - wrzasnął, a w stronę rycerki z olbrzymią prędkością pomknęło tornado żelaznych odłamków i ostrych kawałków metalu. Nie była na to przygotowana, rzuciło nią o stos pakunków i potężną, spiżową rzeźbę.
W tym czasie Levy nie próżnowała. Próba rozpisania pistoletu skończyła się fiaskiem więc powróciła do tradycyjnych metod.
Napisała w powietrzu "sople" i wycelowała w miejsce, gdzie według niej ukrywał się wrogi mag. Ułożone z lodowych igieł słowo pomknęło i wbiło się w skrzynie. Część pocisków trafiła, czego dowodem były wrzask i potok przekleństw. Uśmiech satysfakcji znikł tak szybko jak się pojawił. W jednej sekundzie wygrali, w drugiej leżała na ziemi nie czując nic.
Gajeel rzucił się w jej kierunku, gdy tylko się zachwiała, ale nie dotarł. Upadł ciężko kilka kroków od dziewczyny.
- Było blisko - wysoka i zgrabna blondynka zeskoczyła z belek pod sufitem, odgarnęła z twarzy kosmyk włosów i kopnięciem przekręciła na plecy nieprzytomnego Gajeela. - Co my tu mamy? Czarne włosy, kolczyki i znak Fairy Tail na ramieniu. Moi drodzy mamy tu słynnego Żelaznego Smoczego Zabójcę, Gajeela Redfoxa.
Uśmiechnęła się z wyższością do rycerki która zdążyła już wstać i pozbyć się broni.
- Nie mogłaś wkroczyć wcześniej Caethlyn? - Spytała z wyrzutem.
- To bardzo skomplikowane zaklęcie wymagało użycia magii przez tą dwójkę jednocześnie żeby sprężone osiągnęło maksymalny efekt. Klątwy są bardzo subtelne i...
- Delikatne jak pajęcza nić, wiemy to, powtarzasz się po każdej walce - chłopak wyszedł zza skrzyń i wyciągnął z dłoni sopel. Dwa inne wystawały z uda i brzucha.
- Sean, wszystko dobrze? - użytkowniczka magii podmiany zaniepokoiła się mocno, ale snajper tylko machnął ręką i złamał srebrną pałeczkę, którą wyciągnął zza ucha. Pękła z cichym trzaskiem. Wysypał jej zawartość na dłoń, a następnie wklepał proszek w ranę na brzuchu.
- Bo to prawda. Nigdy nie doceniacie mojej pracy - blondynka podeszła do leżącej Levy - Jej nie kojarzę. Niebieskie włosy, nie widzę znaku. Mag lodu, dość kiepski zresztą. Nasz zabójca ma jednak do niej widoczną słabość... Vera weź naszego przystojniaka, ja się zajmę tą małą.
Kobieta zarzuciła sobie na ramię nieprzytomną Levy i spojrzała wyczekująco na towarzyszkę. Ta z westchnieniem założyła zbroję Heraklesa, która wielokrotnie zwiększała siłę noszącego kosztem koordynacji ruchowej. Niezgrabnie podniosła mężczyznę i mamrocząc coś pod nosem wypełniła polecenie.

Obudziło ją zimno. Ciężko podniosła się z pryczy i rozejrzała nieprzytomnie. Chłód promieniował z kajdan, którymi miała skute kostki i nadgarstki. Przyjrzała się im i zamarła. Momentalnie odzyskała jasność umysłu i bladymi ustami wyszeptała:
- T-to niemożliwe.
Dla pewności obejrzała każdy symbol niezwykle uważnie, ale o pomyłce nie mogło być mowy. Te kajdany były zrobione specjalnie dla niej, nie powinna była się obudzić! Do ich stworzenia użyto nie tyle zapomnianej co wręcz zakazanej magii, wyklęcia. Słyszała o nich, Kajdany Tartaru powoli wysysały wszelką energię, zabierały magię, którą można było następnie przejąć i zabijały ofiarę.
Dlaczego, choć czuła że coś wysysa jej moc, mogła się ruszać? Odpowiedź była tak prosta, że przez dłuższą chwilę nie potrafiła w nią uwierzyć. Była przytomna ponieważ spaprano jeden drobny szczegół. Znaki głosiły, że jej magią była magia lodu, nie Solidny Rękopis! To w pewnym sensie prawda, dlatego wszystko działało, ale luka pozwała jej na odzyskanie świadomości.
Usłyszała ciche jęknięcie nad głową i z przerażeniem odkryła leżącego na półce skalnej Gajeela. Smoczy Zabójca wyglądał jak swój własny, wymizerniony cień. Levy ostrożnie dotknęła jego policzka, był bardzo zimny. Nie zostało mu wiele czasu, sama z resztą też nie czuła się dobrze. Powoli rosnące wyczerpanie i uczucie pustki utrudniało koncentrację. Idiotka, zajmowała się bredniami, a czas uciekał.
Musiała szybko coś wymyslić, ale żaden dobry pomysł nie przychodził jej do głowy
Znała tylko jedno zaklęcie które miałoby wystarczającą moc by zerwać Kajdany, ale nie wiedziała jakie będą skutki. Spojrzała na Gajeela, potem na swoje trzęsące się ręce i podjęła decyzję. Skoro oboje mają zginąć niech chociaż odejdzie ze świadomością, że zrobiła wszystko co mogła.
Zaczęła kreślić runiczny krąg, początkowo ostrożnie i powoli, jednak z każdym kolejnym symbolem coraz pewniej. Kilkukrotnie musiała robić przerwy, gdy kajdany wrzynały się w ciało, albo ból powodował chwilowe zaćmienie, jednak determinacja nie pozwalała jej odpuścić. W duchu podziękowała Freedowi za to, że pokazał jej jak go stworzyć. Pozwalał maksymalnie wykorzystać moc maga, a tego właśnie teraz potrzebowała.
Skończywszy stanęła w samym środku i odetchnęła głęboko. Ręce miała już otarte do krwi, zaś lodowato zimny metal wręcz parzył. Z trudem stłumiła krzyk oddychając ciężko.
Rozpuściła włosy, a opaskę położyła na podłodze. Ostatni element na miejscu, trzeba się spieszyć.
Ledwo dała radę podnosić rękę do góry, kajdany zdawały się coraz cięższe. Chwila odpoczynku jawiła się jako najcudowniejsza rzecz pod słońcem, ale gdyby zamknęła oczy chociaż na moment nie wzbudziłaby się już nigdy więcej
- Solidny Rękopis: Negacja - powiedziała pisząc jednocześnie słowo w powietrzu. Zaczęło się.
Gajeel słyszał wszystko, nie mógł się poruszyć, ale był doskonale świadomy tego co się dzieje. Jego duch stał obok i obserwował każdy krok tej drobnej dziewczyny, która tak wiele dla niego znaczyła. Litery układające się w słowo wyglądały jakby zrobiono je z pomarańczowego szkła. Powoli absorbowały wszystko, począwszy od kajdan a skończywszy na ścianach. Delikatne pasy energii układały się w spirale i początkowo powoli, a później coraz szybciej krążyły po obrzeżach kręgu by zniknąć wśród liter, które powoli ciemniały zmieniając kolor na czarny. Wydawało się, że zniknie cały świat, ale w tym momencie Levy otworzyła oczy i spojrzała prosto na niego.
- Do widzenia Gajeel - powiedziała miękko, a chwilę później zniknęła. Resztki szkła stuknęły cicho o podłogę.
Momentalnie ocknął się. Spadł na ziemię gdy zniknęły skały i mimo koszmarnego osłabienia na czworaka rzucił się w miejsce gdzie jeszcze przed sekundą stała chcąc chwycić ją, zatrzymać.
Nie mogła odejść, musiała gdzieś tu być. Musiała!
Z trudem chwycił materiał opaski i obwiązał dookoła nadgarstka. Znajdzie ją, musi znaleźć. Musi jej powiedzieć co do niej czuje. Oni będą wiedzieć, ci magowie z magazynu. To ich sprawka.
Z trudem dźwignął się na nogi, strzelił kostkami i chwiejnie wyszedł przez resztki drzwi wyrywając po drodze żelazny zamek.
Dwóch magów, którzy wbiegli zobaczyć co się stało znokautował trafnymi ciosami buławy. Nie wiedział jakim cudem udało mu się ją przywołać pomimo nieomal braku energii. Po prostu pojawiła się. Nawet nieprzyjemne chrupnięcie i opadająca pod dziwnym kątem głowa jednego z nich nie zwróciła jego uwagi. Przeszukał ich tylko pobierznie w poszukiwaniu żelaza, musiał jak najszybciej odzyskać siły.
Poruszał się mechanicznie, optymalizując każdy krok. Potrzebował każdego okrucha mocy.

Sean podniósł się z ziemi i rozejrzał, początkowo zdezorientowany, chwilę później już ze swoją zwykłą, obojętną miną. Pomógł się pozbierać Nahuelowi i podszedł do jego ekranów.
- Co się stało? - Spytał zmęczonym głosem.
- Nie mam pojęcia. Coś b-bardzo potężnego naruszyło bariery ochronne. Nie wiem jak, ale one po prostu wyparowały - chłopak był przerażony. - N-nigdy nie słyszałem o czymś takim, nie sądziłem że to w ogóle możliwe!
Sean, dotąd prezentujący perfekcyjnie obojętną minę spojrzał na niego ze zdumieniem.
- Wszystkie? - Zmarszczył brwi.
- W-większość, głównie te w więzieniu.
Do pomieszczenia wbiegła przerażona Vera. Z jej perfekcyjnej fryzury wysunęły się kosmyki włosów, a siniaki po walce i nowe otarcia nadawały rycerce wyjątkowo niechlujny wygląd.
- Coś się stało z Caethlyn! - Wrzasnęła roztrzęsiona. - Siedziała normalnie, jak... Jak zawsze podczas. tkania i nagle upadła. Tak, tak po prostu. Nie wiem co się dzieje!
Ręce kobiety dygotały, jej głos był niebezpiecznie blisko histerycznych tonów. Caethlyn, niepokonana mistrzyni, jej autorytet i wzór padła od tak razem z połową zabezpieczeń. Coś co było stałe i niezmienne rozpłynęło się w powietrzu, a Vera nie wiedziała jak sobie z tym poradzić.
- Usiądź, weź kilka oddechów - Sean sprawnie przejął dowodzenie. - Nic jej nie będzie. Nahuel, raport.
- Za-zabezpieczenia padły w wi-więzieniu i magazynie cał-całkowicie. O dziwo t-te stricte zewnętrzne m-mają się dobrze. W razie ataku z poza gildii m-jesteśmy w stanie się obronić. A-ale problemem j-jest on - Nahuel wskazał na poruszającą się szybko kropkę.
- Informuj wszystkich, napastnik w budynku. Zagrożenie poziomu B2, niech szykują się do ostrej walki.
Te słowa otrzeźwiły Verę. Było źle, a nic tak nie skutkuje na złamanie psychiczne jak zajęcie się czymś i jej przyjaciel dobrze o tym wiedział.
- Leć go zatrzymać, kup nam czas którego Nahuel będzie...
- Z-za późno, już tu jest.
Sekundę później drzwi wyleciały z zawiasów. Fala uderzeniowa rozniosła je w pył i do pomieszczenia wkroczył Gajeel. Bez wahania zdzielił stojącego najbliżej Nahuela pałką i z rykiem rzucił się na rycerkę. Ta w ostatniej chwili wyciągnęła tarczę która ochroniła ją przed ostrymi odłamkami.
Sean dobył broni i strzelił kilkukrotnie. Dwie czy trzy kule trafiły, ale smoczy zabójca był w takim stanie, że nie zwrócił nawet uwagi na rany.
Zniszczyć. Zabić. Zmieść z powierzchni ziemi ludzi, którzy zabrali mu Levy.
Poruszał się jak robot, skupiony tylko na jednym celu atakował z zabójczą precyzją.
- Gdzie ona jest? - Zapytał podnosząc Verę. - Gdzie?
- A...ale kto?
- Levy, gdzie ona jest?
Pulsująca w żyłach adrenalina pozwoliła jej połączyć fakty mimo duszącego uścisku Zabójcy. Widziała już kiedyś coś takiego, mężczyzna od magii wykreślnej nabazgrał coś na ścianie, a ta zniknęła razem z zabezpieczeniami i ręką maga. Levy McGarden nie używała magii lodu, a Solidny Rękopis. Co jeżeli dała radę wykonać coś takiego na większą skalę?
- Nie... mogę oddychać - wyrzęziła. Uścisk poluzował się na tyle, że była w stanie wziąć kilka wdechów nim ręka mężczyzny znowu zacisnęła się na jej gardle.
- Gdzie? - Twarz Gajeela była nieprzenikniona, mógł ją bez problemu zabić. Zaczęła panikować i mówić co tylko wiedziała.
- Zniknęła, prawda? Ona... Sama się wykończyła... Pewnie nie żyje.
Słysząc ostatnie słowa cisnął nią o ścianę, podniósł miecz po czym wyszedł nie przejmując się stanem w jakim pozostawił gildię, a także jej członków. Tylko kilka osób mogło mu pomóc. Hibiki! Musiał dotrzeć do domu, a potem szybko odnaleźć Hibikiego.
Szedł długo, bardzo długo bez chwili wytchnienia. Lewa. Prawa. Lewa. Prawa.
Krew kapała z nieopatrzonych ran, całe ciało bolało, a on dosłownie padał na twarz. Jednak szedł dalej. Lewa. Prawa. Lewa. Prawa.
Do gildii, do Magnolii.

Pierwsza zobaczyła go Juvia siedząca na ławce przed budynkiem. Pomachała mu, gdy był jeszcze daleko, ale z każdym jego kolejnym krokiem jej uśmiech schodził z jej twarzy. Odłożyła książkę i podbiegała do niego.
- Gajeel, co się stało? Juvia się niepokoi.
Nie odpowiedział, zacisnął tylko w dłoni chustkę Levy i spojrzał na towarzyszkę przerażająco pustymi oczami. Nie wyglądał źle, wyglądał koszmarnie. Ominął Juvię i wszedł do środka.
W gildii było mało osób, ponad połowa magów wyruszyła na misję, a poza tym pora była dosyć wczesna. Poza Wendy, Charlą i Lilym za barem przecierała szklanki Mira, Lucy dyskutowała o czymś z Lisanną, a Jet grał w rzutki. Był jeszcze Hibiki tłumaczący coś Mirajane posiłkując się przy tym swoim archiwum. Był tutaj, w głównej sali. Doskonale.
Wendy błyskawicznie rzuciła się w kierunku Gajeela i pomimo swojego wieku i drobnej postury spróbowała posadzić go na krześle.
- Siadaj natychmiast - pociągnęła go mocniej za rękę. - Mu-muszę się tobą jak najszybciej zająć.
Bezwolnie wykonał jej polecenie i pozwolił by zajęła się tym, na czym znała się najlepiej - uzdrawianiem.
Na stole wylądowało jedzenie, dużo jedzenia i miseczka gwoździ. Po głębszym namyśle Mira dostawiła drugą.
Gajeel był skrajnie wyczerpany tylko cudem jeszcze funkcjonował. Na szczęście zabiegi Wendy przyniosły skutek, nie pierwszy raz uratowała mu życie. Musi się jej jakoś odwdzięczyć.
Już przytomniejszy i kontaktujący szybko przełknął to, co przed nim postawiono.
- Co się stało? Kto cię tak urządził? Gdzie jest Levy?
Grad pytań sypał się ze wszystkich stron.
- Zniknęła. Levy zniknęła, rozpłynęła się w powietrzu - powiedział głucho.
Spojrzał Hibikiemu prosto w twarz wzrokiem człowieka chwytającego się resztek nadziei.
- Co wiesz o negacji jako zaklęciu Solidnego Rękopisu? - Dążącymi rękoma podniósł kubek i wychylił na raz coś, co mimo braku barwy na pewno nie było wodą.
- Negacji? - Wstukał szybko kilka słów i spochmurniał. - To zaklęcie jest bardzo niebezpieczne, zaprzecza istnieniu tego na co zostanie rzucone, jednak wymaga ogromnej mocy i samokontroli. Praktycznie zawsze pochłania i maga.
- Zrobiła to, prawda? - Lucy spuściła głowę. - Dlaczego!?
- Jakie są szanse na to, że ona wróci?
Hibiki pokręcił głową.
- Praktycznie zerowe. Nie mam informacji na ten temat.
- Dlaczego to zrobiła? - Ponowiła pytanie Lucy.
Opowiedział im co się stało tak krótko jak tylko się dało. Był koszmarnie zmęczony, a może oni coś wymyślą gdy będzie odpoczywał? Kiedy skończył zapadła cisza, przygniatająca przerażająca cisza której nikt nie potrafił przerwać.

Kilka tygodni później Gajeel uważnie studiował mapę i kartkę ze wskazówkami które udało im się zdobyć. Odkąd wrócił cały swój czas poświęcał poszukiwaniom, jednak szanse były coraz mniejsze. Fairy Tail powoli uświadamiało sobie, że nie ma już nadziei, tylko Gajeel nie chciał się poddać. Wczoraj odbył się symboliczny pogrzeb na którym pojawili się również ludzie z Blue Pegasus, Sabeoratooth czy Mearmend Heal.
Jedyną niesprawdzoną szansą była Ultear, ale nikt nie widział jej od czasu historii z wrotami zaćmienia.
- Jesteś pewien? - Mira podała Gajeelowi wypchany plecak.
- Tak. Muszę ją odnaleźć, może będzie potrafiła nam pomóc.
- A co jeśli Jellal mówił prawdę i Ultear nie żyje? - Pokręciła głową. - Nie dasz Levy odejść, prawda? Wtedy, na pogrzebie...
- A ty pozwoliłaś odejść Lisannie!? - Podniósł głos, ale po chwili się uspokoił. - Muszę, póki jest chociaż cień nadziei, że mógłbym ją sprowadzić muszę próbować.
- Wiem jak to jest żyć z taką stratą. Im szybciej pogodzisz się z samym sobą tym lepiej - Mirajane uśmiechnęła się słabo i poprawiła pasek plecaka. Czarna wstążka, którą spięła grzywkę opadła jej na twarz.
- Muszę ją sprowadzić. Muszę.
- Mam nadzieję, że Ci się uda, ale nie możesz żyć iluzją.
Odwrócił się ruszając w podróż po najodleglejszych zakątkach Fiore zostawiając za sobą przyjaciół i wszystko co jeszcze było dla niego ważne po to, by gonić cień. Ułudę. Jakiś czas temu Levy stałaby tam w drzwiach i machała mu. Zrobi wszystko, by znowu ją zobaczyć. A nawet więcej.
Komentarze
1473 #1 Nika
dnia 22/09/2014

Dobre, naprawdę mi się podoba Uśmiech Bardzo chętnie przeczytam kolejny rozdział Uśmiech

Dodaj komentarz
Zaloguj się, aby móc dodać komentarz.
Komentarze
Na tak: 0
Na nie: 0